ogromnie ciekawa codzienność rodziców drugoklasisty
Blog > Komentarze do wpisu
Popiełuszko

Byliśmy na "Popiełuszce". Wcześniej przeczytałam mnóstwo recenzji filmu: i dobrych i złych. Bałam się, że to będzie jakiś kicz z hurrapatriotyzmem katolickim (że użyję wyrażenia jednego z recenzentów) w roli głównej. Młodzi recenzenci zjechali film nazywając go gniotem, ci strasi, którzy jeszcze pamiętają  czasy Popiełuszki, byli bardziej łaskawi. Mnie się film podobał. Uważam, że jest bardzo wyważony pod każdym względem, ani za bardzo kościelny ani przesadnie patetyczny. Wzruszyłam się nie raz... i zachwyciłam głównym bohaterem, który okazał się nie tyle organizatorem słynnych Mszy za Ojczyznę, bohaterem narodowym, patriotą, obrońcą uciśnionych, męczenikkiem za wiarę, ile żyjącym duchem Ewangelii zupełnie niepozornym kapłanem oddanym swojemu ludowi, kapłanem dodającym sił, nadziei... gotowym nieść pomoc zawsze i wszędzie...  takim, który miał zawsze czas, którego dom był domem dla wszystkich... Najbardziej właśnie zapamiętałam te sceny, kiedy był człowiekiem takim, człowiekiem po prostu... Gdy będącej w niewidocznej jeszcze ciąży  w szoku po internowaniu męża rannej kobiecie ktoś próbuje dać coś na uspokojenie, jako jedyny przytomny pyta, czy taki lek można podać kobiecie w ciąży, czy to jej nie zaszkodzi... albo ten moment, kiedy po jakiejś ostrzejszej wymianie zdań z kierowcą pyta, czy nie jest głodny... "Chodź... dam Ci jeść...  mam grzyby od rodziców, zjedzmy razem..." No i te karteczki do paczek dla dzieciaków ze szpitala pisane po nocy z papierosem w ustach... buty zdjęte z nóg oddane potrzebującemu... Piękne... Takie drobiazgi... A jednak człowiek... ciepły człowiek... I Woronowicz świetny.

W domu znalazłam kupioną przez moich rodziców książkę wydaną w drugim obiegu, taką na kiepskim papierze i z kiepskim drukiem: "Homilie Ks. Jerzego Popiełuszki". Wydano ją w październiku 1984r., w momencie, kiedy wiedziano już o porwaniu, ale o śmierci jeszcze nie...  czyli w dniach czuwania... Homilie czytałam i tak w głębi duszy zastanawiałam się, czemu gromadziły one aż tylu wiernych... czemu były aż tak niezwykłe... Trudno to zrozumieć, bo dziś nie ma zniewolenia Narodu, internowanych, komunizmu, walki władzy z Kościołem, prześladowania... i takiego jasnego podziału na czarne i białe... Zło było takie oczywiste... Mam wrażenie, że wbrew pozorom wtedy wszystko było dużo prostsze. 

Cóż... dziś za to mamy inny rodzaj zniewolenia... takiego, którego na oko nie widać, którego się wypieramy... które dotyczy naszych dusz, tylko i wyłącznie  a nie systemu politycznego...  jest poprawność polityczna... prywatne przekonania, które nie szkodzą nikomu... i różne odcienie szarości zamiast jasnych podziałów... nie ma TAK TAK... NIE NIE... jest nijak... Nie ma między nami takiej więzi, jak wtedy... Pokój jest, ale w ludziach go nie ma... Teoretycznie mamy wolność, ale z niej nie korzystamy... I tu podtytuł filmu jest bardzo na czasie. Wolność jest w nas. O taką wolność mamy walczyć. Wiem, że to refleksja bardzo na wyrost, ale ja właśnie o tym myślałam po wyjściu z kina. Myślałam też o tym, że nie ma już takich księży... Nie ma takich, którzy oddadzą życie za swój lud... I wcale nie mam tu na myśli męczeństwa...

Kiedy uprowadzono Księdza Jerzego rodzice zabrali mnie i mojego brata na czuwanie pod kościół św. Stanisława Kostki na Żoliborz (w Warszawie). Pamiętam to dokładnie. Tę atmosferę, podawane komunikaty o postępach w poszukiwaniach księdza... Komunikaty na tablicach ogłoszeń... Przenikliwe zimno końca października... Pamiętam nadzieję... Tłumy ludzi, znicze... Miałam 12 lat. Teraz mam 37. Tyle, ile miał Ksiądz Jerzy, kiedy zginął. Jest scena w tym filmie z tego czuwania i poczułam wtedy, że to też moja historia... bo jestem w tym tłumie, ja... mała wówczas dziewczynka... 

W filmie niewiele mówi się o chorobie Księdza Jerzego. Ot... Pani doktor dwa razy mierzy mu ciśnienie, jedno kaszlnięcie i to wszystko. Tymczasem choroba była doświadczeniem ważnym i trudnym w jego życiu. Problemy ze zdrowiem zaczęły się jeszcze  przed wojskiem. Pobyt w jednostce je nasilił. Chciano go w ten sposób złamać, dać do zrozumienia, że nie da rady, a w przyszłości nie przetrzyma w więzienia, gdyby się za bardzo wyhylał... Miał chorą tarczycę, przeszedł operację, w czasie której przeżył śmierć kliniczną z powodu krwotoku. Miał niską krzepliwość na granicy hemofilii. Inne źródła podają, że przez całe życie cierpiał na anemię złośliwą. W 1979 roku zasłabł w czasie odprawiania Mszy Św. Po kikutygodniowym pobycie w szpitalu nie wrócił do już do pracy  wikariusza. Został duszpasterzem różnych środowisk ludzi pracy. Właściwa działalność księdza Jerzego zaczęła się od strajku w Hucie Warszawa w 1980r.

 Atmosfera zaszczucia i wiecznego zagrożenia (bardzo dobrze pokazana w filmie), groźby, telefony z pogróżkami, śledzenie na każdym kroku, prowokacje, włamania do mieszkania, nieudane zamachy na życie, przesłuchania (od stycznia do czerwca 1984 było ich 13 - o czym film nie wspomina), aresztowanie, pobyt w więzieniu miały go pogrążyć, zastraszyć, wykończyć... Jak to znosił? Bał się. Był zmęczony. A jednak był silny jak cholera... 

Myślę, że wiele zawdzięczał przyjaciołom.  I to też świetne role w filmie.

Piękny film. Może nie wybitny, ale warto go obejrzeć. Z tych, które się ogląda sercem...

poniedziałek, 09 marca 2009, mama_smyka_1
Komentarze
2009/03/09 11:57:22
Dzięki za recenzję! Ja mam wielką ochotę ten film zobaczyć i mam tylko nadzieję, że będą go grali w kinach jeszcze za miesiąc, gdy przyjadę do kraju na Święta... Masz rację pisząc, że teraz zło o wiele trudniej jest nam zauważyć. Kiedyś wszystko było jakby bardziej wyraźne, a teraz zaczyna się rozmywać. Najgorsze jest chyba to, że gdzieś zaciera się granica między dobrem i złem, a przez to zaczyna nawet zanikać poczucie grzechu...

Nie zdążyłem ostatnio skomentować Twojej ostatniej notki o spowiedzi [ale to dobry znak, bo pokazuje, że wróciłaś do regularnych zapisków :)]. W każdym bądź razie dla mnie w tym temacie ważne są słowa, które Jezus przekazał św. Faustynie, że to nie tyle ludzkie grzechy Go ranią, ile raczej brak zaufania w Jego Miłosierdzie. I chyba tu jest istotna dla nas wskazówka: zasadniczy problem nie tkwi w ilości czy jakości naszych grzechów, ale w tym, byśmy w naszej słabości zawierzyli całkowicie Jemu, ufając bezgranicznie, że Jego łaska jest większa od mojej nędzy...
-
2009/03/09 12:12:18
Dziękuję Szymonie... dziękuję za Twoje komentarze...
bardzo dziękuję za słowa św. Faustyny...

A film będą jeszcze grać długo... Tak myślę.
Pozdrawiam
-
2009/03/10 23:05:41
Film - jeden z lepszych jakie widziałem, nawet moich 'wariotów' ze szkoły jakoś ruszył. Dla mnie Jerzy stał się jeszcze ważniejszy....
(Dobra recenzja)